Mariusz Budek – rzeźbiarz, pedagog, prodziekan Wydziału Rzeźby na Akademii Sztuk Pięknych – opowiada o swojej drodze artystycznej, inspiracjach oraz o tym, czego uczy swoich studentów. W szczerej i osobistej rozmowie odsłania kulisy swojej twórczości i tłumaczy, dlaczego rzeźba pozostaje dla niego nie tylko zawodem, ale przede wszystkim sposobem na opisywanie świata.

- Jak to się stało, że ze wszystkich sztuk wybrałeś właśnie rzeźbę?
Nie mam w rodzinie osób artystycznych. W tym temacie jestem sam – co nie znaczy, że nie ma tam ludzi zdolnych. Cała moja rodzina wykazuje różnorakie talenty, szczególnie „multi-zdolnym” człowiekiem był mój dziadek Edek. Potrafił zrobić wszystko: od traktora z napędem na cztery koła po usługi fryzjerskie czy pieczenie chleba. Od małego byłem w niego zapatrzony.
Rzeźba była ze mną od zawsze… chyba zaczęło się to po zobaczeniu pewnej bajki. Pojawił się we mnie taki głód. Nigdy nie chodziłem na zajęcia plastyczne – w mojej wiosce po prostu ich nie było, zresztą nie było wtedy takiego myślenia, jak dziś. Dziadek był zdunem, miał też stolarnię, więc podbierałem mu glinę albo jakieś skrawki drewna i dłubałem tępym nożem. Gliniane foremki wypalałem w piecu kaflowym podczas świniobicia. Praca przy drewnianych „rzeźbkach” powodowała liczne skaleczenia dłoni, ale nigdy mnie to nie zrażało.
Z czasem kilka osób zauważyło to, co robiłem, i trafiłem do Liceum Plastycznego im. Kenara. Potem jakoś poszło – teraz nie mam już wyjścia. Po liceum myślałem o medycynie, ale rzeźba wygrała. Po studiach skończyłem też kursy masażu, jednak los za każdym razem usilnie sprowadza mnie z powrotem na tory rzeźby. Dziś nadal jestem rzeźbiarzem.
- Skąd czerpiesz inspiracje?
Inspiracja to duże słowo. Motywy zawsze są wokół nas. Jestem generalnie małomówny – dla mnie rzeźba to kalendarz, pamiętnik, megafon, medium. Lubię to, że nie jest oczywista, a jednocześnie jest cielesna i fizycznie dostępna. Ta materialność pociąga mnie chyba najbardziej.
Piękno natury, człowieka, ich przewrotność, niepokoje, ale też mroczna strona rzeczywistości… Sama fizykalność codzienności jest godna pomnika. Co prawda z wiekiem i wraz ze stopniami edukacji staję się coraz bardziej krytyczny względem siebie, ale codzienność nadal mnie zadziwia.

3. Jak chciałbyś, żeby Twoje dzieła były odbierane?
Traktuję moje rzeźby jak samodzielny nośnik po pierwszej publikacji. Nie poprawiam ich w nieskończoność. Oczywiście wymagają opieki – jak dzieci. Najczęściej przyświeca mi jakaś idea podczas pracy i staram się ją zasugerować w tytule lub krótkim opisie, ale lubię, gdy rzeźba żyje własnym życiem i budzi u odbiorców czasem zupełnie odmienne skojarzenia.
Każdy człowiek jest inny i ma swój własny sposób widzenia świata, mimo wspólnych kodów kulturowych. Dopuszczam pełną swobodę interpretacji. To, co te rzeźby miały zrobić dla mnie, już zrobiły.
- Pełnisz funkcję prodziekana na Wydziale Rzeźby ASP. Czego chcesz nauczyć swoich studentów?
Przede wszystkim umiejętności przetrwania. Umiejętności samodzielnego uczenia się, uważności, wielozadaniowości i wytrwałości. Zdolni najczęściej już są – dbamy o to przy rekrutacji. Oczywiście w pakiecie są też techniki i strategie rzeźbiarskie, których uczymy wspólnie z całym zespołem profesorskim.
- Łatwiej się rzeźbi, czy uczy o rzeźbie?
Rzeźba to całe moje życie. Nie jest łatwa, ale daje ogrom satysfakcji. Polega na częstym wychodzeniu ze strefy komfortu, pokonywaniu siebie, traktowaniu porażek jak lekcji. Trudno trzymać zawód i pasję w jednym worku – szczególnie gdy ma się rodzinę.
Bycie pedagogiem wymaga nazwania czynności, które wcześniej robiło się intuicyjnie. Bywa, że sprawia to trudności, ale ostatecznie relacja ze studentami jest dla mnie bardzo budująca.

